DSC_7451-2

Termin porodu wyznaczono mi na 22 listopada 2015 roku. Ten dzień zbliżał się wielkimi krokami, a ja ciągle wyczekiwałam na jakiekolwiek znaki świadczące o tym, że zaczynam już rodzić. Niestety mój maluszek ani myślał o przyjściu na świat w wyznaczonym mu przez lekarzy terminie. Ja ze swojej strony na tydzień przed szacowaną datą porodu zwiększyłam swoją aktywność fizyczną, a mój osobisty syndrom wicia gniazda osiągnął apogeum. Godzinami potrafiłam wędrować po pokoju mojego synka i przestawiać rzeczy z jednego miejsca na drugie sądząc, że znajdę dla nich odpowiednie miejsce. W dniu terminu zgłosiłam się na wizytę kontrolną na porodówce, gdzie po raz pierwszy wykonano mi badanie KTG. Nigdy wcześniej przez dziewięć miesięcy nie miałam okazji leżeć przez pół godziny i wsłuchiwać się w bicie serduszka mojego synka. Cudowne chwile! Podczas tej wizyty byliśmy z mężem bardzo zaskoczeni, gdy okazało się, że skurcze są dość regularne, lecz niestety nie na tyle silne, by akcja porodowa rozpoczęła się już tego dnia. Po KTG wykonano również badanie USG. Pani doktor poinformowała nas, że poziom wód płodowych jest lekko podwyższony, a z pomiaru wynika, że dziecko osiągnęło wagę ponad 4 kilogramy! Wytłumaczyła nam, że taka waga może skutkować komplikacjami podczas porodu i muszą się zastanowić co w tej sytuacji najlepiej należałoby zrobić. Nie mogłam uwierzyć, że mój syn jest taki duży, ponieważ dwa tygodnie wcześniej na wizycie kontrolnej u lekarza prowadzącego miałam wykonane to samo badanie i on określił wagę na 3,700 kg. Wiem, że to i tak dużo, ale będąc w ciąży przytyłam aż 22 kilogramy oraz zdiagnozowano u mnie cukrzycę ciążową. Po dwóch dniach ponownie wykonano mi badanie USG i pani doktor z oddziału porodowego podjęła decyzję, że trzeba wywoływać poród. Byłam przerażona, tyle się naczytałam, że taki rodzaj porodu jest gorszy, a skurcze znacznie silniejsze… Wyznaczono mi termin na 26 listopada na godzinę 8:00 rano, dokładnie cztery dni po terminie. Zostaliśmy z mężem wcześniej poinformowani o przebiegu takiego wywoływania. Dodatkowo odbyliśmy konsultację z anestozjologiem i podpisaliśmy dokumenty o ewentualnym podaniu środków znieczulających w trakcie porodu. Poproszono mnie, żebym postarała się wypocząć i wyspać, aby mieć jak najwięcej sił. Taki poród mógł trwać nawet dwie doby! Tak bardzo się bałam tego co mnie czeka, że w noc poprzedzającą nie zmrużyłam prawie oka…

Rano wspólnie z mężem posłusznie zabraliśmy torbę i udaliśmy się do szpitala, który, tak się szczęśliwie składa, mamy po drugiej stronie ulicy. W drzwiach oddziału porodowego usłyszeliśmy, że mój lekarz prowadzący chce z nami się spotkać i porozmawiać. Staliśmy patrząc na siebie pytającymi oczami, co się takiego dzieje, że musimy się z nim spotkać? Podczas ciąży już raz usłyszałam, że z dzieckiem nie jest dobrze, ale o tym może innym razem… Zeszliśmy na dół, gdzie mój lekarz prowadzący normalnie przyjmował pacjentki w ciąży. Drzwi się otworzyły, a nasz lekarz grzecznie przeprosił panią, która była następna w kolejce, informując ją, że to nagły przypadek i musi ona chwilkę dłużej poczekać. Gdy tylko usiedliśmy, oznajmił nam, że ma on pewne wątpliwości co do ostatnich dwóch badań USG jakie zostały wykonane, a ponieważ jestem jego pacjentką chciałby osobiście upewnić się czy, aby na pewno konieczne jest planowane wywoływanie akcji porodowej. Zaprosił również na to badanie panią doktor, która wcześniej dokonała pomiarów. Podczas USG tłumaczył nam coś o przysłowiowym „bochenku chleba”, że można go mierzyć w różny sposób i przez to może dojść do dwóch różnych wyników. Kompletnie nic z tego nie rozumieliśmy i nie wiedzieliśmy do czego on właściwie zmierza. Ostatecznie okazało się, że jego zdaniem, potwierdzonym wykonanym przed chwilą badaniem USG, nasz syn nadal waży mniej niż cztery kilogramy i on rekomenduje nam by poczekać jeszcze parę dni na naturalne pojawienie się porodu. Oczywiście podkreślił, że ostateczna decyzja należy do nas, gdyż sala i personel byli gotowi. Bez wahania zgodziliśmy się z jego rekomendacją! Ja odetchnęłam, że z dzieckiem  wszystko jest w porządku i wręcz bardzo się cieszyłam, że wrócę do domu. Okropnie byłam zmęczona po nieprzespanej nocy i marzyłam tylko o swoim łóżku. Po powrocie, obdzwoniłam całą rodzinę odwołując alarm porodowy i zwolniłam ich z obowiązku trzymania za mnie kciuków. W południe odprężona położyłam się, aby się trochę zregenerować. O godzinie 15:00 obudziły mnie lekkie bóle podbrzusza. Całkowicie tym faktem niewzruszona myślałam, że zaraz pewnie mi przejdzie. Po godzinie 17:00 bóle nabrały jednak na sile i częstotliwości, występując regularnie co 7-8 minut. Z początku nie wierzyłam, że to zwiastuje poród i śmiałam się do męża, że to niemożliwe, bo przecież dzisiaj rano już byliśmy w szpitalu i pewnie zaraz mi to minie… Książkowo udałam się do łazienki w celu wzięcia ciepłej kąpieli, lecz i po niej skurcze nadal trwały. Okey, chyba zaczynam rodzić! Teraz jak to wspominam, jestem zaskoczona tym, jaki ogarnął mnie wtedy spokój. Tak jakby mój organizm instynktownie pomagał mi w tym wszystkim. Oczywiście byłam przerażona tym, że nie wiem jak to będzie i czy dam radę, itp,. ale to całkowicie normalne. Boimy się tego czego nie znamy… Nie chciałam się spieszyć z pójściem do szpitala, więc na spokojnie w domu próbowałam radzić sobie z bólem. Przez ten czas wzięłam dwie kolejne ciepłe kąpiele, ciągle monitorując odstępy między skurczami. Nawet rozegrałam z mężem dwie partyjki gry w scrabble oraz zdążyłam porozmawiać na skype z najbliższymi wznawiając alarm porodowy. Dodatkowo, podczas prowadzonych rozmów skakałam na piłce gimnastycznej i przy każdym skurczu ściskałam usta i nie byłam w stanie nic mówić. Słyszałam tylko zaniepokojone głosy w stylu, halo? gdzie jesteś, co się dzieje?. Około godziny 22:00 zadzwoniliśmy do szpitala informując ich o przebiegu wydarzeń i po wstępnej rozmowie uznali, że akcja porodowa się rozpoczęła oraz zaprosili nas na oddział. Budynek szpitala mamy po drugiej stronie ulicy. Normalnie doszłabym do niego w pięć minut, lecz niestety skurcze podczas drogi miałam już co pięć minut. Przy każdym skurczu zatrzymywałam się i ściskając mocno męża za ręce przeczekiwałam skurcz. Miałam ochotę krzyczeć dosłownie w niebogłosy! Byłam zła na siebie, że tak długo zwlekałam z wyjściem do szpitala. Sugerowano nam, że im więcej czasu spędzimy w domu tym lepiej, gdyż wtedy lepiej radzimy sobie z bólem, niż leżąc na oddziale i wyczekując każdego skurczu. Dodatkowo podczas drogi na nasze nieszczęście, drzwi prowadzące do szpitala od ogrodu, które za dnia są zawsze otwarte, zamykane są na noc o czym nie mieliśmy pojęcia. Przyszło nam więc okrążać budynek naokoło dłuższą drogą.

Na oddziale, od razu zostałam podpięta do KTG, aby położna mogła stwierdzić czy rzeczywiście moje skurcze są stałe i akcja porodowa się rozpoczęła. Badanie trwało 30 minut, a ja dosłownie odliczałam każdą minutę. Skurcze miałam co 5 minut i przez ten ogromny ból miałam wrażenie, że rozrywa mi kręgosłup i brzuch. Nie mogłam się pohamować i podczas skurczów wydawałam z siebie dziwne gardłowe jęki. Pomyślałam, że jak to ma tak wyglądać, to ja bardzo dziękuje za naturalny poród, który planowałam i proszę mi tu szybko zawołać tego miłego pana anestezjologa, któremu dałam zgodę na podanie znieczulenia! Położna potwierdziła, że z pewnością rodzę, lecz po pomiarze szyjki macicy rozwartej na 1 cm dała mi wybór – mogłam wrócić do domu albo zostać już na oddziale. Myśl o drodze do domu przyprawiała mnie o mdłości! Miałam znów łapać się tych drzew i konać z bólu?! O nie! Z pewnością nie wracam do domu! Zostaję tutaj! Nieśmiało poprosiłam o znieczulenie, lecz położna oznajmiła mi, że do podania znieczulenia potrzebuję minimum 4 centymetrów rozwarcia. Aż tyle?! Ja potrzebuję tego znieczulenia już, teraz! Pomyślałam, że przecież takie rozwarcie mogę osiągnąć dopiero nad ranem, a mamy dopiero północ. Nie wytrzymałam! Zaczęłam płakać jak małe dziecko i użalać się nad sobą, licząc po cichu, że może ktoś się nade mną zlituje i poda mi ostatecznie to znieczulenie. Niestety, tak się nie stało, a położna tylko mnie pocieszała, że uczyni wszystko by ulżyć mi na inne sposoby. Dostaliśmy z mężem własny pokój, a mnie zaopatrzono w seksowną podomkę porodową. Podczas ciąży dane mi było być już w tym pokoju wcześniej… W moim szpitalu w każdą środę organizowanie jest zwiedzanie oddziału porodowego. Przyszłe mamy mają możliwość poznać to miejscem i oswoić się z nim, dzięki czemu poziom strachu zostanie odpowiednio zredukowany. Coś w tym jest! Gdy tam trafiłam dokładnie wiedziałam, gdzie jest łazienka, ręczniki oraz jak mogę włączyć muzykę czy telewizor.



Nie będę się rozpisywać i opisywać szczegółowo, minuty po minucie, najgorszych godzin mojego życia. Chwilami myślałam, że już umieram a ból rozrywa mnie na strzępy. Przy każdym skurczu płakałam, krzyczałam i ściskałam męża za rękę. Biedny! Nie wiem jak on to wszystko zniósł, był taki opanowany, wyrozumiały i po prostu cudowny. Wspierał mnie i dopingował ciepłym słowem wciąż powtarzając, że sobie z tym wszystkim poradzę. A podobno mężczyźni się do tego nie nadają… Wręcz przeciwnie! Oni są właśnie do tego! Oni jako jedyni myślą trzeźwo w takiej sytuacji. Wiem, że dzięki niemu nie rozniosłam tej sali na strzępy, a sobie nie wyrwałam połowy włosów. Próbowałam zmieniać pozycje, rozchodzić ten ból, lecz za każdym razem, gdy podnosiłam się z siadu robiło mi się jeszcze gorzej. Dlatego też przez cały ten czas siedziałam na skraju łóżka. Była to jedyna pozycja, która dawała mi chwilowe ukojenie. Położna co jakiś czas masowała mi plecy, przynosiła zimne i ciepłe okłady oraz donosiła czopki znieczulające. Proponowała kąpiele, użycie piłki czy słuchanie muzyki. Nawet w międzyczasie parzyła mi jakąś magiczną herbatkę na złagodzenie bólu. Była taka dobra, troskliwa i swoim ciepłem dodawała mi sił. Gdy do bólu dołączyły wymioty i rozwolnienie błagałam męża by poszedł prosić o cesarkę. Bardzo jej nie chciałam, ale wtedy myślałam tylko i wyłącznie o tym by zakończyć tę agonię. Oczywiście nie posłuchał! Przecież oni nigdy nie słuchają… Cierpliwie trzymał mi włosy nad toaletą i masował plecy. Po ponad trzech godzinach od przyjęcia poprosiłam położną, by wykonała badanie szyjki bym mniej więcej mogła określić w jakim tempie postępuje poród. Pozwoliłoby mi to na oszacowanie czasu podania upragnionego znieczulenia. Miałam nosa! Rozwarcie miałam na 4 cm i mogłam szykować się na podanie znieczulenia! Położna była jeszcze bardziej zaskoczona ode mnie, że mam już te cztery centymetry. Tłumaczyła, że to nie zdarza się zbyt często itp., a ja tylko patrząc na nią i przytakując zastanawiałam się kiedy w końcu do ch***** zadzwoni po tego anestezjologa! Ja tu umieram, a ona wychwala mnie pod niebiosa, że kawał dobrej roboty odwaliłam! Przecież ja tu tylko siedzę i jęczę z bólu… Wpatrywałam się w drzwi oczekując wejścia anestezjologa, a każda minuta trwała dosłownie, jak wieczność. Po dwudziestu minutach zjawił się! Mój wspaniały wybawca! Grzecznie przeprosił, że inna pacjentka również miała wykonywane znieczulenie, dlatego tak długo musiałam czekać. Dobrze! Dobrze! Wszystko rozumiem, już tu jesteś to proszę zrób co należy i zabierz ode mnie ten rozrywający ból. Dokonując dwóch wkłuć w kręgosłup wykonał znieczulenie miejscowe, a następnie sprawdził czy wszystko działa i życzył powodzenia. Ale jak to pan doktor już idzie…? Przecież ja jeszcze zwijam się tu z bólu! Po dwudziestu minutach znieczulenie zaczęło działać. I to nie jest tak, że nic nie boli, oczywiście, że boli, ale nie na tyle, żeby mieć ochotę umrzeć. Gdy moja koleżanka rodziła ponad rok wcześniej w tym samym szpitalu, szwajcarscy lekarze nie mogli uwierzyć, że chce rodzić bez znieczulenia. Normą tutaj jest podawanie znieczuleń i mają w tym ogromnie doświadczenie, więc ani chwili nie obawiałam się, że zostanę sparaliżowana czy coś pójdzie nie tak. Od tego momentu niestety zostałam przykuta do łóżka, gdyż znieczulenie obezwładniło całkowicie moje nogi. Pójście do toalety stało się niemożliwe, dlatego cewnik został moim jedynym ratunkiem. Położna prosiła nas, żebyśmy wraz z mężem postarali się zdrzemnąć. Sugerowała, że poród może nastąpić dopiero koło południa i w związku z tym będę potrzebowała dużo sił. Gdy wybiła czwarta nad ranem próbowałam okiełznać tysiące myśli w mojej głowie i zdrzemnąć się chociaż chwilę. Mój mąż jak tylko położył głowę do poduszki to chrapał, jak oszalały! I jak tu mam zasnąć? Po godzinie 6 rano położna dokonała kolejnego pomiaru rozwarcia i tu niespodzianka! Całe 8 cm! Nie mogłam w to uwierzyć! Przecież to niemożliwe! Jestem na znieczuleniu, a ono podobno opóźnia poród… Po kolejnych dwóch godzinach odwiedziła nas nowa położna, równie sympatyczna, gdyż moja skończyła już swoją zmianę. Chwilę z nami porozmawiała o naszym samopoczuciu po czym przystąpiła do kolejnego pomiaru. Nie wiem do dziś czy to w wyniku przypadkowego przekłucia podczas badania szyjki, czy po prostu w wyniku zbiegu okoliczności, ale właśnie w tym momencie nastąpił odpływ wód płodowych. Odpływ to mało powiedziane! One chlusnęły na położną zalewając jej całe spodnie. Byłam skrępowana, zaczęłam ją przepraszać, a ona w mgnieniu oka pojawiła się z powrotem na sali w nowych czystych spodniach. Swoją drogą zastanawiam się ile ich jeszcze miała w zapasie? 🙂 Nagle cała aparatura zaczęła szaleć, pikanie dochodziło dosłownie z każdego urządzenia. W jednej chwili na sali pojawiło się mnóstwo osób. Jedni podłączali USG, inni zaś wstrzykiwali mi coś do wenflonu. Do tego momentu wszystkie rozmowy na sali odbywały się po angielsku a tu nagle wszyscy zaczęli mówić między sobą po niemiecku. W całym tym zamieszaniu nie było nikogo, kto mógłby nam powiedzieć, co takiego właśnie się stało. Cały ten obraz pamiętam jak za mgłą. W jednej chwili poczułam zimne dreszcze na całym ciele, a moje ręce i nogi niewyobrażalnie zaczęły się trząść. Do końca życia nie zapomnę wyrazu twarzy mojego męża… W między czasie na salę wkroczył mój lekarz prowadzący. Jak się później okazało, został wezwany, ponieważ kazał konsultować z nim wszystkie działania dotyczące jego pacjentki. Po chwili usłyszeliśmy, że nasz synek dosłownie został porwany przez rwący nurt wód płodowych do kanału rodnego i tak mocno się tego przestraszył, że tętno bardzo spadło, a serduszko przestało mu nawet na chwilę bić. Miałam już pełne rozwarcie, mogłam przeć, a oni chcieli zabrać mnie na cesarskie cięcie. Jednak mój lekarz podjął decyzję, że zamiast kierować mnie na cc, spróbują zatrzymać na jakiś czas skurcze parte i dotlenić dziecko.

Przez kolejne dwie godziny równomiernie oddychałam, aby jak najlepiej dotlenić maleństwo. Po tym czasie czułam się tak bardzo osłabiona, że miałam ochotę zamknąć oczy i iść spać. Jak tu spać? Ja tu rodzę właśnie dziecko! Gdy sytuacja się ustabilizowała, a pomiar KTG wskazywał, że mój synek był gotowy do porodu, zaczęto przygotowywać salę. Położne rozstawiły wszystkie niezbędne narzędzia, których widok przyprawiał mnie o dreszcze. Wezwano panią doktor, która miała przebywać na sali w razie jakiś problemów i komplikacji. Wszyscy gotowi? Tak? To wyobraźcie sobie, że ja nie jestem gotowa! Okropnie się wtedy bałam! Najbardziej bałam się rozrywającego bólu, o którym tak dużo czytałam. Położna pewnie widząc mój obłędny wzrok, który szukał tylko wyjścia ewakuacyjnego z tej sali, zapewniała mnie, że wszystko będzie dobrze i z pewnością sobie poradzimy. Mąż ustawił się obok mnie, jedną ręką obejmował moją dłoń, a w drugiej trzymał już przygotowaną kamerę. Tak! Nagrywaliśmy poród… ujęcia tylko mojej twarzy i później naszego synka w pierwszych sekundach swojego życia. Uwierzcie mi! To wspaniała pamiątka i nie ma scen jak z teksańskiej masakry! 🙂 

Nie było odwrotu, kazano mi przeć przy nadchodzącym skurczu. I tak raz, dwa, trzy, dziesięć, a nawet dwadzieścia razy. Ciężko mi powiedzieć ile dokładnie razy musiałam przeć. Przy którymś z kolei parciu na sali zrobił się szum, położne wymieniały między sobą zdania, a do akcji wkroczyła pani doktor. Po chwili wyjaśniono nam, że widać już główkę, lecz wraz z nią wita się z nami jego rączka. Come on! Co ty maluszku wyprawiasz?! Myślę sobie, no ładnie! Zaraz mnie tu najpewniej rozerwie! Położna musiała naciąć mnie dość rozlegle, by mój mały szkrab mógł dalej wymachiwać rączką podczas porodu. Cała akcja trwała około 40 minut, a samo parcie było wręcz bezbolesne. Jedyne co czułam to okropny nacisk na krocze. Aż tu nagle wielkie plum i czuję, że nic mnie nie uciska, a w oddali słychać lekkie kwilenie z bulgotaniem. Dosłownie sekundę po tym mój cudowny mały syn leżał już na moim brzuchu. Pisząc to, łzy spływają mi po policzkach i uwierzcie mi nie jestem w stanie opisać słowami tego, co czułam w tamtej chwili, co myślałam… Miałam cały swój świat na moim brzuchu! Mój mąż spisał się na medal pewną ręką przecinając pępowinę. W czasie kiedy personel sprawdzał co rusz ręce, twarz i nóżki naszego synka, ja mogłam rozkoszować się jego bliskością. W tej chwili byłam tam ja, mój mąż i on! Nasz pierworodny syn! W tym czasie nawet się nie spostrzegłam kiedy pani doktor mnie zszyła i cały zbędny personel się ulotnił. Myślę, że trwało to łącznie 1,5h. Po tym czasie położna wzięła synka i wraz z mężem zabrali się za mierzenie, ważenie itp. Ja niestety mogłam tylko leżeć i wpatrywać się w te czynności. W międzyczasie przywieziono mi obiad, prosząc bym spróbowała coś zjeść. Pamiętam dobrze! Sałatka z tuńczykiem, spaghetti bolognese i jakieś ciastko. Niestety nie byłam wstanie nic przełknąć. Okropnie byłam spragniona i wreszcie mogłam napić się tyle ile chcę. Podczas porodu zwilżano mi tylko usta. 

DSC_7451-2

Liam przyszedł na świat o  11:49, waga 3780 g, wzrost 52 cm. W skali Apgar 8 po 1 minucie, 9
po 5 minutach i 10 punktów po 10 minutach. Niższe noty ze względu na sine nóżki i rączki.

Po tych wszystkich zabiegach udało się bez żadnych problemów przystawić maluszka do piersi. Bardzo mu się to spodobało i po paru minutach jedzenia słodziutko usnął. Położna pomogła mi wstać i poszła ze mną pod prysznic. Nogi miałam dosłownie jak z waty, lekko rozstrzęsiona myłam się tak szybko, jak tylko potrafiłam ,a jeszcze szybciej nakładałam na siebie świeże ubrania. Po tych zabiegach wróciłam na salę, która była super czysta i nie było na niej żadnych śladów porodu. Położna przygasiła lekko światła stwarzając nam wspaniałą atmosferę. Mogliśmy wspólnie z mężem rozkoszować się wspólnymi chwilami z naszym synem. Patrzyliśmy się na niego bez opamiętania, ciągle mówiąc, że to niemożliwe, on już jest z nami, taki cudowny i wspaniały.

Koło godziny 18:00 przewieziono mnie na oddział poporodowy, gdzie przydzielono mi pokój. Dzieliłam go z dziewczyną w zaawansowanej ciąży, która niestety była zagrożona. Istniała możliwość wykupienia pokoju rodzinnego, gdzie mój mąż mógł z nami zostać na noc, lecz nie skorzystaliśmy z tej opcji. Dopiero wtedy złapało mnie ogromne zmęczenie, byłam bardzo osłabiona po porodzie, a pomimo tego nie mogłam usnąć… Synek leżał obok mnie smacznie śpiąc, a ja ciągle obsesyjnie się w niego wpatrywałam. Jeszcze tego samego wieczoru poinformowałam personel oddziału, żę nazajutrz chcę wyjść z maluszkiem do domu, jeśli tylko on przejdzie wszystkie badania prawidłowo, a lekarz prowadzący wyrazi na to zgodę. W Szwajcarii można podjąć samemu decyzję odnośnie czasu, jaki chce się spędzić w szpitalu. Oczywiście tylko i wyłącznie po bezproblemowym porodzie i ze zdrowym dzieckiem. Warunkiem opuszczenia szpitala przed trzecią dobą jest zgoda mojej osobistej położnej, która przejmie intensywniejszą opiekę nade mną i dzieckiem w domu. Normalnie położna po porodzie przychodzi raz dziennie, na godzinę bądź dwie, przez kilka pierwszych dni. Później samemu ustala się czy istnieje potrzeba na wsparcie i określa się intensywność spotkań. Ubezpieczyciel pokrywa bodajże około 30 godzin wsparcia położnej do 6 miesiąca życia dziecka. Taką położną wybiera się jeszcze będąc w ciąży z bazy udostępnionej przez szpital, a kryteria wyboru są ogromne. Dla mnie najważniejsze było to, żeby mówiła biegle po angielsku i była polecona przez koleżanki, które już wcześniej miały okazję rodzić w tym samym szpitalu. Jeszcze przed porodem miałam okazję się z nią spotkać i omówić ważne kwestie. Podczas rozmowy omawiałyśmy obawy związane z porodem i pobytem w szpitalu. Przyznałam się jej, że oprócz ogromnego strachu, jaki odczuwam na myśl o porodzie, stresuje mnie również bariera językowa. Lekarze tutaj mówią doskonale po angielsku, tymczasem personel szpitala to już kwestia indywidualna. Podstawy oczywiście opanowane, ale jednak nie na tyle, by prowadzić swobodnie konwersacje. Moja położna zasugerowała mi wtedy, że po pierwsze z jej doświadczenia wynika, że kobiety tuż po porodzie potrzebują wypocząć, a gdzie najlepiej można to zrobić? We własnym domu i łóżku! A po drugie stres, na który będę narażona podczas pobytu w szpitalu ze względów językowych, może źle wpłynąć na moje samopoczucie czy np na laktację, która w tym czasie jest bardzo ważna. Podjęłyśmy wspólnie decyzję, że jeśli to będzie możliwe wyjdę ze szpitala wcześniej, a ona się mną zajmie wykonując niezbędne badania sprawdzające stan mój i dziecka.

Ta noc w szpitalu, pierwsza z synem była słodko-gorzka. Z jednej strony słodycz, która leżała obok odsypiając poród, a z drugiej ja, która w ciągłej euforii urodzenia dziecka nie mogłam zmrużyć oka. Musiałam przy każdym karmieniu nocnym wzywać położną z oddziału, aby mogła stwierdzić czy mój synek je prawidłowo z piersi czy nie. Było to dość istotne by móc opuścić wcześniej szpital. Niestety owa pani nie mówiła ani słowa po angielsku i jedyna szansa to był kontakt na migi. Dodatkowo współlokatorka z zagrożoną ciążą, w środku nocy, dostała ataku paniki i okropnie zanosiła się płaczem. Rozumiałam ją, musiała ciągle bać się o swoje dziecko… Pielęgniarki widząc to, przeniosły ją do innego pokoju, lecz godzinę później dołączyła do mnie dziewczyna po cesarce ze swoją córeczką. Zazdrościłam jej, bo od razu po przyjściu zasnęła (musiała być na niezłych prochach jeszcze), a jej mała przez całą noc nawet nie zakwiliła. Ja ciągle spoglądałam na zegarek odliczając minuty do przyjścia mojego męża. Miał być o 8:00 rano. Do południa wykonano wszystkie badania, nauczono nas jak przewinąć, wykąpać i zadbać o nasze dziecko. Koło godziny 13:00 dostaliśmy wypis i wróciliśmy do domu.


I tak po 19 godzinach porodu i jednej nocy spędzonej w szpitalu wróciłam do domy i byłam mamą, taką już na cały pełny etat!!! Z perspektywy czasu, własnych doświadczeń i wysłuchanych relacji z porodu bliskich mi koleżanek, które rodziły np. w Polsce, uważam siebie za ogromną szczęściarę, mogąc dzielić się takimi pozytywnymi odczuciami i wrażeniami porodowymi. Mój mąż do dziś przypomina mi, że godzinę po porodzie stwierdziłam, że mogłabym rodzić po raz kolejny równie dobrze już za tydzień. W tamtej chwili nie wiedział czy ma się cieszyć, że jestem taka ochocza, czy ma się martwić, że jestem aż taka szalona! 🙂  Zdaję sobie sprawę, że system opieki medycznej w Polsce różni się od tego w Szwajcarii i z pewnością miało to duży wpływ na moje doświadczenia związane z porodem. Nie ma jednak co porównywać krajów, szpitali czy indywidualnych przypadków. Każdy poród jest inny! Każda z nas przeżywa go inaczej! I choć czasem bywają ciężkie, bolesne i nie usłane różami porody, to z pewnością każda z nas sobie z tym poradzi! Nie my pierwsze i ostatnie! Kiedyś kobiety rodziły nawet na polu, podczas zbioru ziemniaków… teściowa mi tak ciągle powtarzała! 🙂 A wiecie co? Najważniejsza w tym wszystkim jest nagroda i uwierzcie mi na słowo, jest ona warta każdego bólu i poświęcenia! Ta mała istotka, którą spotkacie na końcu tej drogi, wynagrodzi wszystkie te trudy i cierpienia. A może i was spotka miły i częściowo bezbolesny poród! Życzę wam tego! I trzymam kciuki! Napiszcie proszę, jakie są Wasze wspomnienia z porodu? Podzielcie się swoją historią! Ja będąc w ciąży byłam uzależniona od czytania wspomnień innych kobiet, motywowało mnie to i napawało nadzieją, że i ja sobie poradzę!

 

2 thoughts on “Rodzić po Szwajcarsku – moja historia porodu

  1. Wspaniale! Czytałam ze łzami w oczach! Ja jeszcze jestem przed porodem ale liczę, że będzie dobrze. Pozdrawiam, Klaudia

  2. Ja jestem po dwóch porodach, oba w Polsce, w różnych szpitalach i oba bardzo różne. Pierwszy pojedynczy, drugi podwójny. Oba bez znieczulenia. W pierwszym nacięcie, w drugim (i trzecim w jednym) NIC :). Oba wspaniałe. Przy pierwszym miałam 22 lata, warunki szpitalne były nieciekawe i miałam perspektywe samotnego wychowywania synka, mimo wszystko to był wspaniały czas!!! Ogrom siły!!! Poród trwał 2,5 h. Dziś mój syn ma 8 lat!!! Jest wspaniałym człowiekiem 😀
    Drugi poród-zupełnie inne okoliczności, wspaniały szpital, wspaniały mąź i wspaniały syn i córka w drodze!!! Bardzo bałam się że bedzie musiała być cc, modlilismy sie z mezem gorliwie całą ciążę i zostaliśmy wysłuchani 😉 poród był naturalny, bez znieczulenia. Bóle rozpoczęły się o 16.00 a o 17.45 urodził się Jeremi 🙂 a o 18.00 Jaśmina. Ech… Ogrom radości 😀 do dziś!!
    Jak przeczytałam Twój post, przypomniałam sobie każdą minutę kiedy całe moje ciało walczyło o te wspaniałe osoby by zdrowo i naturalnie przyszły na świat… To były najwspanialsze chwile, warte każdego bólu… Kocham nad życie…
    Dzięki za przypomnienie mi CUDU jakim jest rodzenie dziecka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *